Dzisiaj

17°C
ciśnienie 1012 hpa,

Jutro

20°C
min. 15°C, maks. 20°C
ciśnienie 1012 hpa,
Poziom zanieczyszczenia powietrza:Pył zawieszony PM 2.5: 1.2 µg/m3 (5% normy)Ozon gazowy (O3): 32.91 µg/m3 (27% normy)Dwutlenek siarki (SO2): 9.2 µg/m3 (3% normy)Dwutlenek azotu (NO2): 17.6 µg/m3 (9% normy)

Hunt Run. „Nasi” tam byli

FB_IMG_1530383701747

Nasi w Kotelnicy Białczańskiej (fot. A. Szlendak)

Poparzona pokrzywami, podrapana gałęziami, posiniaczona konarami, ubłocona od stóp do głów, biegnąc w różowej tiulowej spódnicy, z wiankiem na głowie i włoskim nieawanturującym się turystą w krawacie i kapeluszu u boku, biegnącym za mną lub przede mną – dlaczego odkryłam to błotne bieganie tak późno? Zamiast się biczować i czekać na odpowiedź turysty, staram się kontemplować i cieszyć tymi prawie czternastoma kilometrami rozsianymi na, pod, wzdłuż i w poprzek Kotelnicy Białczańskiej.

Tak relację z Hunt Run zaczęła Ania Szlendak. Legionowianka barwnie opisała to, co zdarzyło się w niedalekiej odległości od samiuśkich Tater. Co wydarzyło się w Białce Tatrzańskiej poniżej.

Hunt Run – nasi tam byli!

Pierwszy weekend lipca to już tradycja, by wraz z liczną ekipą z  Bravehearts Legionowo i debiutującą Wybiegaj Siebie, ruszyć na Najdzikszy Bieg sezonu, czyli Hunt Run – polowanie na biegaczy. Około 50 osób z Legionowa i okolic zjechało się tym razem do Białki Tatrzańskiej, by dziko spędzić dwa dni w biegu i zbiegu.  Poprzednie edycje odbywały się w Bałtowie na terenie JuraParku. Zmiana lokalizacji i dłuższa trasa dojazdu na imprezę nie odstraszyła nas i tym razem również głośno i radośnie stawiliśmy się na starcie. Jeżdżąc już od trzech lat, tak zgraną i liczna ekipą, na imprezie jesteśmy witani jak Dzikie Króle. W końcu dzik dzika zrozumie i odnajdzie nawet prawie 500 kilometrów od domu. Poza wiernymi bywalcami biegu, w błoto wyruszyło sporo debiutantów, zachęconych relacjami z poprzednich lat. Nie o sam bieg tu tylko chodzi, bo cała otoczka jest ważna. To podczas takich weekendów wyłącza się myślenie o codziennym życiu, to podczas takich weekendów nie myśli się o kursie franka i stanie suszy w Polsce. To tutaj zakłada się różki, korony na głowy i biegnie, by na trasie bawić się i poznawać nowych znajomych, a niekiedy przyjaciół, z którymi umawia się na kolejne biegi.

Tegoroczna sobotnia  fala o 10.30 czerwieniła się od koszulek „Brejwów”, dziewczęta założyły spódniczki, a Krzysztof Lipiński, zafascynowany pomysłem biegu „Zadzieram kiece i lecę”, zabrał ze sobą krawat, by być mniej awanturującym się na trasie. Koszulki nie zdjął, ale w zamian założył kapelusz, który zwracał uwagę i dodawał mocy na stromych podejściach i szybkich zbiegach. On też zamierza wrócić tu za rok i przyciągać obiektywy fotografów.

Warto zaznaczyć, że swą podróż na Hunt Runa zaczynamy już w momencie ogłoszenia zapisów i daty biegu. To wówczas grupowa Maja Opara szuka odpowiedniej kwatery, byśmy całą ekipą nie tylko pokonywali trudy trasy, ale i całego weekendowego życia. Wspólne posiłki, kąpiele, przygotowywanie śniadań, kolacji, zakupy i pranie ubłoconych skarpet. Tak, to planuje się już pół roku wcześniej.

 – Hunt Run będzie teraz obowiązkowy co rok, było bosko, atmosfera na trasie wspaniała – relacjonuje na gorąca Ela Gniadek z ekipy Wybiegaj Siebie, która zrezygnowała z koncertu Beyonce w Warszawie, by z mężem i przyjaciółmi przyjechać do Białki i zadebiutować na dzikim evencie. Elka wspomina, że tu pokonała jeden ze swoich lęków. Nad klaustrofobią pomógł jej zapanować kolega Marek, który przeprowadził niewiastę przez ciemny, zimny i mokry tunel.

Poza ciemnym i mokrym tunelem, nie tylko na Elę czekało na trasie mnóstwo podbiegów, zjazdów na tyłku ze stromych krzaczastych i łąkowych zboczy, brodzenie w strumieniu w górę i w dół, kilka ścianek , przeciskanie się przez opony i wspaniały ślizg ze zjeżdżalni wprost na metę.

– 700 metrów przewyższeń wydawało się nie mieć końca, podbieg i zbieg. Biegamy co rok i biegniemy za rok. Nieważne gdzie to będzie. Kibice na trasie dodawali otuchy, a widoki zapierały dech w piersi – relacjonuje Maja Pisarek, która jest weteranką biegu. To jej trzecia edycja.

Hunt Run to impreza robiona przez dzikusów dla dzikusów, co nie znaczy, że mniej zdziczałe ssaki się tu nie odnajdą. Już w piątek przed biegiem przebiera się raciczkami, by tylko wyrwać się z pracy i ruszyć na południe, krzycząc -ALOHA DZIKI. A tych w ciągu dwóch dni imprezy jest prawie 4000. Organizatorzy zawsze przewidują dwa dystanse. Jeden około, czternastokilometrowy, który się biegnie w sobotę i sześciokilometrowy na deser lub na dobicie dla wygłodnialców z soboty lub tych, co chcą zrobić sobie krótszy spacerek w niedzielę. Większość naszego teamu zaliczyła dwa dystanse i nawet przerywnik w postaci całonocnej  imprezy nie był im w stanie pokrzyżować planów.

– Jeden bieg dwa dystanse i  tylko raz w roku. Hunt Run dziki bieg na który zjeżdża się śmietanka najbardziej pokręconych świròw z mega pozytywną energią. Tam się nie biega dla kręcenia czasu, nie dla medalu, tylko dla fanu i spontanu. To tam w biegu po górach, cudnych potokach i w błocie, robimy reset i ładujemy baterię na kolejny rok. Piękne widoki, mega atmosfera i fantastyczni ludzie, którzy widzą jak najlepiej zostać  dzikiem Hunt Runa – podsumowuje Klaudia Wojcieszak, która w zeszłym roku musiała odpuścić bieg ze względu na kontuzję kolana. W tym roku pobiegła i bardzo się jej podobało.

Na Hunt Runie, jak wspomina Piguła,  nie liczą się wyniki, chociaż jak są, to warto się nimi pochwalić. Magdalena Sobesto dwa lata temu zaliczyła tu swój pierwszy bieg z przeszkodami,  a w tym roku zajęła 2 miejsce w klasyfikacji służb mundurowych. Z Hunt Runa wraca się zawsze z cięższym bagażem. Dwa medale, jeśli ktoś biegł dwa biegi, to nie wszystko. Ja zbieram od roku garnki z trasy, przez co wśród uczestników jestem znana jako ta od garnuszka i ta co robi duży hałas i podobno ma szczęście w życiu. Gdyby to tylko od garnków zależało , to prezentacje garnków Philipiaka miałyby zagorzałą stałą klientkę – podsumowuje start Ania Szlendak.

Każdy przywozi bagaż emocji i wspomnień z trasy, drogi, całego weekendu. O gaciach, butach i skarpetkach pełnych błota nie warto wspominać, bo to chyba oczywista oczywistość. Gosia Pydyn przywiezie z Białki kilkugramowy, ale jakże cenny pierścionek zaręczynowy, który Piotr Bien trzymał w kieszonce w spodniach przez cały bieg, by na mecie poprosić ja o rękę. A że już z nie jednego błota jedli i się w nim tarzali, to myśleć długo nie myślała i zgodziła się. Większość z biegnących również długo myśleć nie będzie i jak tylko pojawią się zapisy, to na pewno zameldują się przed komputerami, by w lipcu ponownie stanąć  na starcie.  ALOHA DZIKI.