Nieporęt. Droga osiemnastoletniego gimnazjalisty do Powstania Warszawskiego

wlodzimierz blawdziewicz

Włodzimierz Bławdziewicz wspomina Powstanie Warszawskie, fot. Sławomir Chowaniec.

Mgr Włodzimierz Bławdziewicz urodzony w 1926 roku żołnierz AK, uczestnik Powstania Warszawskiego, pułkownik Wojska Polskiego, mieszkaniec Nieporętu, opowiedział wspomnienia z tamtych gorących dni sierpnia 1944 roku. Oto jego relacja:

Pierwsze kroki w konspiracji

Podczas okupacji mieszkałem z rodzicami w Alejach Jerozolimskich w Warszawie. Po raz pierwszy z konspiracją zetknąłem na niedzielnym spacerze z rodziną. Podszedł do mnie wtedy kolega z propozycją wstąpienia do organizacji podziemnej o nazwie Polska Niepodległa. Naturalnie zgodziłem się i dodatkowo zaproponowałem by przyjęto także dziewięciu rówieśników, z którymi uczęszczałem na tajne komplety. W ten sposób zostałem dowódcą drużyny w plutonie 263, którym dowodził ppor rez. Michał Wolański ps. „Huzar”. Była jesień 1942 roku. „Huzar” prowadził zakład fotograficzny na Grochowie, co zapewniało doskonałą legendę do organizowania spotkań konspiracyjnych, podczas których odbywały się zajęcia teoretyczne, głównie nauka regulaminów. Jedyny kontakt z bronią w tym okresie miałem, gdy łącznik przyniósł mi do domu pistolet, abym przez dwa dni przećwiczył jego składanie i rozkładanie.

 

 

Alarm

W lipcu 1944 roku Warszawa oczekiwała przesilenia. Front był już niedaleko, krążyły pogłoski o mającym wybuchnąć lada moment powstaniu. Z racji miejsca zamieszkania miałem zadanie obserwować kolumny wojsk niemieckich przemieszczających się Alejami Jerozolimskimi. Widać było, że nie są to już butni zwycięzcy z pierwszych lat wojny, lecz armia rozbita i okaleczona. Codziennie ktoś odbierał meldunki. 30 lipca łącznik zawiadomił mnie bym stawił się u „Huzara” na godzinę jedenastą. Tam dowiedziałem się o powstaniu. Polska Niepodległa była już wtedy inkorporowana do Armii Krajowej. Zostaliśmy zaprzysiężeni, przydzielono nam pseudonimy, dostaliśmy biało – czerwone opaski. Otrzymałem rozkaz przybycia nazajutrz do fabryki Wedla na Pradze przygotowany do powstania. Przyszedłem wyekwipowany w plecak, gdzie miałem bieliznę na zmianę i kilka kanapek. Bielizna była jedwabna, bo jak zapewniała moja ciotka, wszy ześlizgują się z tego materiału. Na nogach miałem nowe, solidne, skórzane buty turystyczne.

Godzina „W”

Noc pluton spędził u Wedla, gdzie występowaliśmy jako ewakuowany oddział straży pożarnej. 1 sierpnia po południu padł rozkaz przegrupowania się na Żerań. Szliśmy przez miasto dwójkami, co kilka metrów, bacznie obserwując poprzedników by się nie zgubić, bo tej części miasta mieszkańcy innych dzielnic w ogóle nie znali. Przechodząc kładką nad torami stacji rozrządowej zostaliśmy ostrzelani z daleka przez jakichś wartowników, bo rzeczywiście rzucaliśmy się w oczy. Nikt nie ucierpiał. Doszliśmy do Śliwic, na wybudowane przed samą wojną osiedle wojskowe i tam w piwnicy pluton oczekiwał na dalsze dyspozycje.

Pierwsze godziny

Byliśmy nieuzbrojeni. Na Śliwicach wręczono mi granat z poleceniem udania się na pobliską ścieżkę, gdzie pod groźbą jego użycia miałem nie dopuścić, by ktokolwiek wyszedł z terenu osiedla. Gdy drogą przejeżdżały ciężarówki z żołnierzami niemieckimi, zalegałem w trawie. Na posterunku zmienił mnie kolega, a ja na czele pięcioosobowej grupy poszedłem do magazynu wodociągów na Modlińskiej, skąd wieczorem mieliśmy odebrać karabiny. Było to pięć Mauserów. Leżały na łóżku, obok puszka z 240 sidolkami – granatami zaczepnymi produkowanymi w warunkach konspiracyjnych. Gdy szykowaliśmy się do powrotu, usłyszeliśmy niemieckie głosy. Błyskawicznie ukryliśmy karabiny pod łóżko, gdzie wczołgał się też jeden z kolegów, a pozostali, w piątkę schowaliśmy się za szafą i zamarliśmy. Niemiec zajrzał przez okno i odszedł. Tego dnia po raz pierwszy dopisało mi okupacyjne szczęście.

Rozwiązanie pododdziału

Broń dostarczyliśmy do piwnicy, gdzie pluton spędzał noc w oczekiwaniu na rozkazy. Nad ranem łącznik poinformował o braku kontaktu z dowództwem. Bez broni, amunicji i łączności otrzymaliśmy ostatni rozkaz – rozejść się do domów. Dla nas powstanie się skończyło.

Co dalej?

Nie wiedzieliśmy co robić. Nie było możliwości przedostania się do Warszawy, gdzie trwały walki. Mosty były zablokowane. Według niepotwierdzonej informacji w rejonie Choszczówki zbierali się tacy, jak my w celu przerzucania do Puszczy Kampinoskiej. Wraz z Jurkiem Mikołajczykiem poszliśmy na brzeg Wisły, by zorientować się w sytuacji i zdecydować, co robimy. Nagle Jurek spostrzegł na wale przeciwpowodziowym patrol niemiecki. Bez chwili zwłoki weszliśmy po szyję do rzeki i skryliśmy pod gałęziami nadbrzeżnych krzaków. Po raz drugi dopisało mi szczęście, ale woda pochłonęła nasz zapas chleba. Ociekając wodą ruszyliśmy w kierunku Modlina.

Nieszczęście na plantacji pomidorów

Doszliśmy do dużego gospodarstwa ogrodniczego, którego właściciel zaopiekował się nami – pomógł wysuszyć odzież, dał dach nad głową i strawę. Zasugerował byśmy przeczekali u niego okres intensywnego patrolowania okolicy przez Niemców w poszukiwaniu takich, jak my. Pierwszym doświadczonym nieszczęściem, były roje pcheł w słomianych matach, na których spaliśmy. O świcie pomagaliśmy gospodarzom zbierać z pola pomidory. Nie chcąc zniszczyć nowych butów, poprosiłem o jakieś obuwie robocze. Dostałem drewniaki ze skórzaną górą. Surowa skóra była jak kamień, poraniła stopę i wdała się infekcja. Po dwóch dniach gorączka zwaliła mnie z nóg. Jurek zawiózł mnie na taczce do domu opieki prowadzonego w Henrykowie przez zakonnice. Dały mi zastrzyk – delbetę, która jeszcze wzmogła gorączkę i w drodze powrotnej straciłem przytomność. Po kilku dniach noga podgoiła się na tyle, że mogłem chodzić.

Gdzie jest „Huzar”

Postanowiliśmy przedostać się na Grochów i odszukać dowódcę plutonu. Oczywiście szliśmy pieszo. Szczęście nadal sprzyjało. Przy dzisiejszym rondzie Żaba zatrzymał nas patrol okupanta. Kazali mi opróżnić kieszenie i wtedy uzmysłowiłem sobie, że jest tam opaska powstańcza. Przerażony skamieniałem, ale udało mi się wydobyć samą chusteczkę pozostawiając opaskę w kieszeni. Żona „Huzara” nie miała informacji o dowódcy. Dała nam na drogę worek herbatników, w które konspiratorzy z Wedla zaopatrywali powstańców.

Przez Wisłę

Decydujemy wracać do Choszczówki i szukać możliwości dołączenia do walczących. Po drodze spotkaliśmy czterech kolegów z plutonu, którzy do nas dołączyli. Mój stan ponownie pogorszył się. Dlatego po ulokowaniu mnie u jakiejś rodziny w Białołęce Dworskiej, moi towarzysze ruszyli dalej sami. Zaopiekowano się mną niezwykle troskliwie, noga została fachowo opatrzona, mnie domyto i położono w czystej pościeli. Nie na długo. Niemcy zarządzili wysiedlenie ludności ze strefy przyfrontowej. Dostaliśmy trzy godziny na spakowanie i opuszczenie gospodarstwa. Wraz z córką moich wybawicieli miałem za zadanie zabić kury, by mogli zabrać je jako prowiant. Dla mieszczucha było to nie lada wyzwanie, z którym rad nie rad, poradziłem sobie. Pierwsza krew, którą przelałem w tej wojnie. Ruszyliśmy. W Rajszewie był drewniany most postawiony przez Niemców, po którym przeszliśmy na lewy brzeg Wisły. Tam się rozstaliśmy. Na pożegnanie dostałem ciepłą kurtkę i skierowałem się do Kampinosu.

Znów walczę

Daleko nie uszedłem, gdy usłyszałem: – Stój, kto idzie? Podszedł do mnie podporucznik w polskim mundurze i po wysłuchaniu meldunku, kazał odprowadzić do Truskawia, gdzie ulokowano mnie w stodole. W ten sposób, w ostatnim tygodniu sierpnia ’44 znalazłem się w Zgrupowaniu AK Kampinos. Przydzielono mnie do pododdziału. Stacjonowaliśmy w Truskawiu, ale nadal nie posiadałem broni. Za radą jednego z kolegów wymieniłem własny zegarek na dziewiętnastowieczny karabin Lebel z 16 nabojami. Był to taki staroć, iż w obawie, że się może rozlecieć, pierwszy strzał oddałem przy pomocy sznurka samemu pozostając w bezpiecznej odległości. Wytrzymał, a ja zostałem z 15 pociskami. Wkrótce doczekałem się nowoczesnego Mausera z dużym zapasem amunicji.

W akcji

Po raz pierwszy karabinu przyszło mi użyć, gdy zostałem wyznaczony do plutonu egzekucyjnego. Nie wiem dlaczego i do kogo wtedy strzelałem. Następnie wyznaczono mnie do trzyosobowego posterunku przy drodze do Palmir. Nadjechała niemiecka ciężarówka wojskowa, którą ostrzelaliśmy. Niemcy wyskoczyli z szoferki i umknęli do lasu. Zdobyliśmy samochód, który musieliśmy pchać do naszych pozycji. Życie w lesie było niezwykle ciężkie. Brakowało wszystkiego. Jako przykład opowiem jak pierwszy raz stanąłem w kolejce do kuchni polowej by wyfasować zupę, lecz nie miałem w co jej wziąć. Dopiero jakiś partyzant dał mi butelkę po winie z obtłuczonym denkiem i szyjką zatkaną patykiem, która musiała mi wystarczyć zamiast menażki.

Ewakuacja

Im bliżej upadku powstania, tym bardziej Niemcy napierali na nasze zgrupowanie. Nastąpił okres ciężkich bombardowań i walk. Dowódca zgrupowania mjr Jerzy Krzyczkowski „Szymon” zadecydował, że będziemy przebijać się w Góry Świętokrzyskie. Nocą z 27 na 28 września półtora tysiąca żołnierzy ześrodkowało się na polanie Zamczysko, skąd ruszyła kolumna z taborami i szwadronem kawalerii, który dotarł do nas z Puszczy Nalibockej. Maszerowaliśmy nocami. Pod Jaktorowem, w zamieszaniu w trakcie strzelaniny, uderzył mnie wóz poniesiony przez spłoszone konie i upadłem tak nieszczęśliwie, że własne zęby rozcięły mi policzek na wylot.

Ostatni bój

Dowódca nie zdecydował się na przekroczenie z marszu linii kolejowej Warszawa – Skierniewice. Zarządzono postój. Jako pomocnik erkaemisty trafiłem do oddziału broniącego Budy Zosine. Zajmowaliśmy stanowisko w rowie melioracyjnym pełniącym rolę okopu. Niemcy atakowali pod osłoną dział pociągu pancernego. Byli coraz bliżej, gdy od naszego MG42 odpadła podpora lufy. Aby celowniczy mógł nadal strzelać, zdjąłem pasek od spodni, oparłem sobie lufę na lewym ramieniu i paskiem z całej siły ciągnąłem ją ku ziemi, stabilizując w ten sposób jej położenie. Nagle, za naszymi plecami, na przeciwległą skarpę upadł granat. Po eksplozji celowniczy bezwładnie osunął się do wody na dnie rowu, ja byłem ranny odłamkami w pośladki i nie mogłem się ruszyć.

W niewoli

Zapadał wieczór, gdy podeszło do mnie dwóch żołnierzy Wehrmachtu. Ku mojemu zaskoczeniu podnieśli mnie i trzymając pod ręce doprowadzili na polanę, gdzie gromadzono rannych. Tutaj pozbyłem się z kieszeni szmat do czyszczenia broni i opaski powstańca. Przy świetle pożarów załadowano nas na furmanki i ruszyliśmy do Żyrardowa, gdzie trafiliśmy do aresztu żandarmerii. Kolejny dzień rozpoczął się od wyniesienia dwóch zmarłych i do celi wszedł oficer Sonderdienst.

Ocalenie

Esesman przesłuchiwał każdego zadając jedno pytanie – skąd się tu wziąłeś? Potem przewieźli nas do szpitala, gdzie nazajutrz było identyczne przesłuchanie, potem jeszcze jedno. Miałem przy sobie legitymację szkoły ogrodniczej i kartę praktyk. Być może to mnie uratowało. Niemcy wywieźli samochodami wszystkich oprócz nas pięciu. Mnie zostawili w szpitalu, czwórka w lepszej kondycji trafiła do obozu przejściowego. Dzięki organizacji konspiracyjnej w szpitalu trafiłem pod opiekę rodziny zamożnego sklepikarza, pana Kucharza. Leżałem na łóżku polowym u nich w domu i co kilka dni odwiedzała mnie pielęgniarka ze szpitala, by zmienić opatrunki.

Rodzina znów razem

Wychodząc do powstania wyznaczyliśmy sobie z ojcem punkt zborny na sytuację taką, jak ta, w której się znajdowałem. Był to dom przyjaciół rodziny w Piastowie. 18 stycznia Armia Czerwona wkroczyła do Żyrardowa. Byliśmy wolni. Po ponad trzech miesiącach podziękowałem za gościnę państwu Kucharzom i poszedłem do Piastowa. Na miejscu dowiedziałem się, że rodzice z siostrami są w Kielcach, w szkole służącej za tymczasowe lokum uciekinierom z Warszawy. Po licznych perypetiach dotarłem do nich w lutym 1945 roku. Po drodze byłem w Warszawie, gdzie naocznie stwierdziłem, że nasz dom leży w gruzach. Ze zgliszcz mieszkania zdołałem wydobyć dwie lampy – karbidówki, w owych czasach bezcenny skarb. W kwietniu wróciliśmy do Warszawy by zaczynać wszystko od zera. Ostatnim akcentem wojennym było dla nas ostrzelanie w drodze z Kielc do stolicy przez niezidentyfikowany samolot, na szczęście nieskutecznie.

Spisał: Sławomir Chowaniec