Trzy pokolenia w Rajszewie. Jak zmieniała się wieś. Rozmowa z mieszkańcem Jerzym Jabłońskim

historia-rajszew

Rozmowa Agnieszki Wójcik z Jerzym Jabłońskim, ogrodnikiem którego rodzina od trzech pokoleń mieszka w Rajszewie. Jeden jego pradziadek uczestniczył w budowie fortów w Janówku i Bożej Woli, drugi pracował u hrabiego Potockiego. 

Jak długo rodzina Jabłońskich jest związana z Rajszewem?

Ja i moje rodzeństwo, jest nas czworo, jesteśmy tu trzecim pokoleniem. Pradziadek pochodził z Janówka, gdzie miał gospodarstwo rolne (obecnie to Janówek Drugi). Jak wiele osób w tamtym czasie pracował dodatkowo przy budowie fortów – w Janówku i Bożej Woli. Była to okazja do dodatkowego zarobku, za który kupował grunty w okolicy. Ziemia była wtedy uważana za skarb.

W Rajszewie zamieszkał po ślubie jego syn. Dziadek ożenił się z córką gajowego, który pracował u hrabiego Potockiego. Babcia, że względu na to, że dorastała przy dworze, była osobą światłą i obytą. Jej pasją była literatura.

Jako pierwsi Jabłońscy zamieszkali w Rajszewie w latach 20. XX w.

Trzeba wiedzieć, że przed wojną większość mieszkańców wsi stanowili osadnicy niemieccy. Polskie rodziny, takie jak Jabłońscy, można policzyć na palcach jednej ręki. Ich gospodarstwa były skupione w okolicy gajówki (my tę część wsi nazywaliśmy „nadzorcówką”). Niemcy również mieszkali wzdłuż dzisiejszej ulicy Mazowieckiej, ale bardziej na północ.

 

 

Jakie były dalsze losy rajszewskiej społeczności?

Niemców ewakuowano z Rajszewa przed nadejściem Armii Czerwonej, bodajże w 1944 roku. Potem na jakiś czas trafili do Rajszewa przesiedleńcy z Wielkopolski, którzy po wojnie wrócili w swoje strony.

Potem na poniemieckie gospodarstwa przeniosły się niektóre z rajszewskiej rodzin, w tym Jabłońscy.

W 1958 do Rajszewa przybyła duża grupa nowych mieszkańców. Zostali przeniesieni z okolic Okuniewa, bo ich domostwa znalazły się na terenie stworzonego tam poligonu. To oni stanowili od tej pory 90% mieszkańców wsi.

Wciąż jednak Rajszew pozostawał niewielką społecznością – liczył niespełna 70 gospodarstw. Pozostawał taki aż do lat 90., kiedy ludzie zaczęli kupować tu działki, budować domy i sprowadzać się w nasze okolice.

Wcześniej oczywiście wszyscy się znali i było tu bardzo swojsko. Kiedy ktoś w piątek zostawił rower pod sklepem i wrócił po niego po weekendzie, jego pojazd wciąż stał w tym samym miejscu. Chyba że jakiś sąsiad mu go wcześniej doprowadził.

Z drugiej strony można żartobliwie powiedzieć, że Rajszew był położoną najbliżej Warszawy wsią zabitą dechami. Nadanie nazw ulicom (w tym głównej, ul. Mazowieckiej), oświetlenie, wydzielenie i numeracja działek to osiągnięcia lat ’90.

Długo nie było tu nic oprócz nieoświetlonej drogi, po której nieraz dało się przejechać tylko traktorem, oraz źle zaopatrzonego GS-u. Autobus zatrzymywał się tu dwa razy dziennie.

Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale elektryfikacja dotarła do Rajszewa dopiero w 1969 i na początku objęła tylko połowę wsi. Do reszty gospodarstw dotarła kilka lat później.

Ludzie zajmowali się uprawą roli, hodowlą zwierząt i ogrodnictwem. Tradycje ogrodnicze w Rajszewie sięgają jeszcze czasów przedwojennych. Warzywa uprawiano w oknach inspektowych. Wyglądały jak duże ramy okienne, leżące poziomo i nachylone do strony południowej. Na wierzchu drewnianej ramy była szklana pokrywa. Wszelkie czynności: podlewanie, unoszenie i zamykanie inspektu w zależności od pogody i temperatury, przykrywanie go słomianą matą na noc czy odśnieżanie trzeba było wykonać ręcznie. Była to niezwykle wymagająca praca.

W dodatku wysiłek regularnie niszczyły powodzie, bo Rajszew dzielił od Wisły jedynie niski, przedwojenny wał. Gdy tylko udało się stanąć na nogi, cały wysiłek zabierała kolejna woda.

Ostatnia duża powódź miała tu miejsce w 1971, w styczniu, przy kilkunastostopniowym mrozie. Zator w okolicach Modlina spowodował spiętrzenie kry w Rajszewie, wał został przerwany, a Wisła wyrzuciła na nasze gospodarstwa bryły lodu na wysokość czterech metrów.

Jak pan wspomina dzieciństwo w Rajszewie?

Zimą naszym ulubionym zajęciem była jazda na łyżwach. W pobliżu Wisły było mnóstwo zamarzniętych sadzawek i dało się po nich przejechać aż do Skierd. Najbardziej lubiliśmy grać w hokeja. Nie potrzebowaliśmy wiele – wystarczył patyk i obcas od starego buta, który służył za krążek. Myślę, że mógł się tu trafić niejeden nieodkryty talent…

W ciepłe dni dużo pływaliśmy w tych jeziorkach. Latem dzień bez kąpieli „na klatkach” to był dzień stracony.

Za moich czasów miejscowe dzieci uczyły się w „szkółce” w Skierdach. Było tu osiem klas szkoły podstawowej, w każdej po kilkunastu uczniów.

Co prawda nie mogliśmy liczyć na takie udogodnienia jak sala gimnastyczna, ale szkoła była bardzo dobrze zarządzana. Poziom nauczania był wysoki, więc tutejsze dzieci bez problemu dostawały się do szkół w Legionowie czy Warszawie. Nieraz też wygrywały olimpiady z różnych przedmiotów. Szkołę prowadził kierownik Trojan.

W późniejszych latach, uczniowie starszych klas jeździli do szkoły w Jabłonnie. Dowożeni były przyczepą od autobusu tzw. ogórka, którą ciągnął traktor. W ogóle dzieci ze Skierd czy Rajszewa nie miały w szkole lekko, były dyskryminowane nawet przez nauczycieli. Mieszkanie we wsiach „za lasem” bywało źródłem kompleksów.

Czy jako młodego chłopaka nie kusiło pana, żeby „wyrwać się” z Rajszewa?

Po ukończeniu szkoły w Skierdach uczyłem się w Warszawie, w technikum samochodowym przy ul. Marchlewskiego (obecnie Jana Pawła II). Jednak miasto nigdy mnie nie pociągało, wiedziałem, że to nie dla mnie. Przejąłem gospodarstwo po dziadku i tu założyłem rodzinę.

O powodzeniu podwarszawskich ogrodników w epoce PRL-u krążą legendy. Jak to wyglądało z pana perspektywy?

Rajszew, jak i cała polska wieś, odżył w latach 70., za rządów Gierka. Był wtedy duży popyt na wszystkie produkty rolne – i mięso, i zboża, i warzywa. Pierwsze szklarnie pojawiły się w Rajszewie na początku lat 70., w Jabłonnie – kilka lat wcześniej.

Jednak, podczas gdy w Rajszewie i Skierdach uprawiano warzywa: pomidory, ogórki czy sałatę, w szklarniach w Jabłonnie rosły kwiaty, przede wszystkim goździki. Niemal cała produkcja była wysyłana na rosyjski rynek.

Ogrodnikom powodziło się na tyle dobrze, że po roku czy dwóch mogli postawić koleją szklarnię, a kilka lat później obok stawał okazały dom. O Jabłonnie mówiło się, że to „najbogatsza wieś w Europie”.

Co wydarzyło się potem?

Nadeszły lata 90. i nagła zmiana reguł gry. Odciął się nasz dotychczasowy, wschodni rynek zbytu. Następnie zaczęły nas zalewać tanie warzywa z Unii Europejskiej. W Jabłonnie wiele gospodarstw zamknięto od razu. Ludzie byli tam zbyt przyzwyczajeni do dobrobytu. Choć pierwsze lata po transformacji były naprawdę ciężkie, wielu rajszewskim ogrodnikom udało się przetrwać i dostosować do nowych warunków. Dziś niektóre gospodarstwa w Rajszewie są bardzo nowoczesne, mają europejskie standardy. Myślę, że pomogło nam to, że tutaj, we „wsiach za lasem”, jesteśmy zahartowani do wysiłku i ciężkiej pracy.

Jak dziś ma się branża ogrodnicza?

Teraz to trudny i mało intratny biznes, gdzie zyski są niewspółmierne do nakładów pracy. Dla przykładu – rzodkiewka trzydzieści lat temu kosztowała złotówkę, dzisiaj jej cena to też 1 zł. Tymczasem koszty, m.in. opału, benzyny czy nawozów wzrosły kilkukrotnie. Żeby więc utrzymać podobny poziom, musimy wyprodukować i sprzedać, napracować się dużo więcej. W Rajszewie w ostatnich latach zamknięto trzy gospodarstwa. Często jest to decyzja młodych ludzi, dla których ogrodnictwo to mało opłacalne zajęcie. U mnie też nie ma „następcy” do przejęcia gospodarstwa. Ani syn ani córka nie związali przyszłości z ogrodnictwem, mieszkają i pracują w Warszawie.

Pan całe dotychczasowe życie wiązał z rodzinną miejscowością.

To prawda, można powiedzieć, że Rajszew to całe moje życie. Mieszkam tu, pracuję, dawniej wiele aktywności poświęcałem rozwijaniu wsi. Z ciekawością obserwuję, jak zmienia się okolica.

Rajszew to moje miejsce i jestem z tego zadowolony. Bo choć życie dało mi w kość, wiele mnie też nauczyło i daje dużo satysfakcji.

Życzę panu jeszcze wielu szczęśliwych lat w Rajszewie!